czwartek, 12 kwietnia 2007

wielka racza

zabrze - zwardoń pkp - schronisko pttk "dworzec beskidzki" - przełęcz graniczne - kikula 1087mnpm - przysłop mały 986mnpm - przysłop wielki 1041mnpm - upłaz 1043mnpm - WIELKA RACZA 1236mnpm - schronisko pttk "wielka racza" - upłaz 1043mnpm - magura 1070mnpm - przełęcz graniczne - zwardoń pkp - zabrze

5.15 pobudka. wyglądam za okno, nie pada... po raz ostatni przed wyjazdem sprawdzam aktualną prognozę pogody na najbliższe kilkanaście godzin. warunki na szlaku trudne, przelotne deszcze dopiero w późnych godzinach wieczornych... chwila zastanowienia, ruszamy. w razie czego zostaniemy w schronisku...

parę minut po 9.00 wjeżdżamy do Zwardonia, zgodnie z planem. zostawiamy samochód w samym centrum i ruszmy w góry. zatrzymujemy się na chwilę w schronisku pttk Dworzec Beskidzki i po kilku łykach gorącej herbaty wychodzimy na szlak.
co prawda dyngus był dzień wcześniej, ale zmienna wiosenna aura nie poskąpiła nam przelotnego deszczu. nad górami jasno, ciepły wiatr w momencie osusza drogę pod stopami... idziemy.


mijamy kilka przydroznych kapliczek i po niedługim czasie opuszczamy zwardońską przełęcz.





po ok. godzinie marszu docieramy do przełęczy graniczne... niestety droga asfaltowa po stronie sąsiadów, po stronie polskiej drogi brak. niecodzienny widok rozbawia nas do rozpuku.




na przemian idziemy szlakami polskim i słowackim w ostateczności do końca trasy pozostając po stronie sąsiadów. dzięki temu wchodzimy na Kikulę (1087mnpm), która jednocześnie informuje nas o pokonaniu połowy trasy.
zaskakują nas głębokie zaspy mokrego śniegu. co chwilę zapadamy się po kolana, pokonujemy po drodze kilka zwalonych wiatrem drzew i napotykamy kolejne trudności - daje o sobie znać stara kontuzja kolana partnera. idziemy coraz wolniej. odpoczywamy na Przysłopie (1041mnpm) i po chwili postanawiamy iść dalej by dotrzeć do schroniska i tam zregenerować siły. mamy do niego o wiele bliżej niż do punktu wyjścia.





w końcu zza koron drzew wyłania się cel naszej wędrówki... mamy przed sobą jeszcze spory kawałek drogi, hmnnn...







na szczęście wcześniej nadrobiliśmy sporo czasu szybkim tempem marszu i na szczyt Wielkiej Raczy docieramy z niewielkim opóźnieniem. warunki pogodowe pozbywają nas niestety przyjemnosci podziwiania okolicznych widoków... ciężkie chmury i mgła zasłaniają nam Małą Fatrę... gdzies na horyzoncie majaczą delikatne zarysy okolicznych pasm.







zatrzymujemy się w schronisku i tu niestety zabawiamy nieco dłużej. przeczekujemy deszcz i wychodzimy z niego znacznie później niż planowaliśmy, postanawiamy jednak jeszcze dzisiaj zejść do Zwardonia. mamy niecałe trzy godziny by przed zmrokiem przejść najtrudniejszy odcinek...



nie udaje się. kontuzja partnera pogłębia się. zatrzymujemy się by ocenić sytuację, siły i warunki. nie jest dobrze, jednak decydujemy się na samodzielne wyjście z sytuacji. dzwonię tylko do przyjaciela i tylko "na wszelki wypadek" zostawiam mu namiary. wspólnie z mapami określamy nasze położenie i jako alarmową ustalamy godzinę 21.00. do tego czasu musimy przejść przełęcz graniczną...

zapada zmrok. zaczynam wymyslać konstrukcje prowizorycznych sań by ułatwić partnerowi pokonanie trudnych dla niego śnieżnych odcinków. rezygnujemy jednak z tego pomysłu i wolnym krokiem maszerujemy dalej. tym razem trzymamy się wyłącznie polskiej strony i polskiego czerwonego szlaku. z jednej strony mamy ułatwienie trzymając się jednej wytyczonej drogi, z drugiej strony mijamy szerokim łukiem najważniejsze punkty orientacyjne...

orientację w terenie zaburza dodatkowo pojawiająca się, coraz bardziej gęsta mgła. nie mogę przejść obojętnie obok tajemniczo wyglądających na jej tle choinek - objaw zmęczeniowej głupawki... chce mi się śmiać, a w głowie pojawiają się myśli o nagłówkach jutrzejszych dzienników "dramat na Wielkiej Raczy!" bije się w głowie z myślami. mogłabym zbiec na dół po pomoc, ale nie jest przeciez az tak źle.


zaczyna padać i w międzyczasie przemakają mi buty... cierpną mi stopy i czuję jak odrętwienie przechodzi skurczami poprzez łydki... nie mam jednak czasu by się tym zajmować. gubimy szlak...
podejmuję decyzję o powrocie do ostatnio widzianego oznaczenia. pozostawiam partnera w odnalezionym punkcie orientacyjnym i ruszam w ciemność w poszukiwaniu kolejnego znaku. mam, jest... daję znak światłem, wołam partera i ruszamy dalej.

las... mokry od deszczu, cudownie pachnący... wszystko wygląda zupełnie inaczej. pieńki przybierają ludzką postać, krople deszczu polyskują krysztalowym blaskiem... wokół ciemność, cisza i nagle dwie pary zielonych oczu odbijających się w świetle mojej czołówki... staję jak wmurowana... po chwili jednak rozpoznaję kształty... sarny. tylko sarny, a ja tylko się uśmiecham...


dochodzi 21.00, a przełęczy z charakterystyczną urwaną "autostradą" jak nie ma, tak nie ma... daję znać przyjacielowi, że dalej idziemy. opóźnienie przeciąga się i godzinę alarmową przesuwamy na 23.00...
i znów gubimy drogę. nie odzywamy się ani słowem. ponownie ruszam do przodu wypatrując znaków...

w końcu stajemy na przełęczy. chwila odpoczynku... spojrzenie na mapę, ostatni łyk herbaty i idziemy. leje jak z cebra, dochodzi 22.00, a przed nami jeszcze z godzina drogi... na szczęście to już ostatni i na szczęście łagodny, łatwy odcinek drogi. damy radę, choć nasze samopoczucie pogarsza się z minuty na minutę...
idziemy w milczeniu i po niecałych 40 minutach naszym oczom ukazują się pierwsze światła zwardońskich domostw. mijamy wyciągi narciarskie - znak, że jesteśmy coraz bliżej... wkrótce naszym oczom ukazuje się również schronisko, w którym popijaliśmy poranną herbatę... jest kilka minut przed 23.00 kiedy w końcu docieramy do samochodu. od razu zrzucam z siebie przemoczone buty, zakładam suche skarpety, owijam stopy polarem i ustawiam na nie nawiew ogrzewania. siedzimy przez chwilę w samochodzie. dajemy odpocząć naszym nogom, pakujemy toboły i wracamy...
daję znać przyjacielowi, że żyjemy i jesteśmy cali. do domu docieramy po 2.00 w nocy...

...

przyjemna wycieczka, mająca trwać ok 9 godzin zamieniła się w trzynastogodzinną, momentami dramatyczną surwiwalową przygodę w zaspach śniegu, ciemnościach i rzęsistych strugach deszczu... zawinił człowiek, zaistniały okoliczności od człowieka niezależne - do końca nie można ocenić. tym razem nic się nie stało, chwila zastanownienia nakazuje jednak przyznać, że do gór należy podchodzić z szacunkiem, nawet jeśli nie sięgają 1000mnpm...

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

ciekawa wycieczka.tak bywa,że traci się poczucie czasu.pozdrowienia